Dziennik z podróży - Zakon Rytmu Przetrwania.

Nasza łódź, w czasie wściekłej burzył rozbiła się gdzieś w okolicach przylądka trzech muz. Wylądowałem na kawałku wraku i żeby przetrwać byłem zmuszony do podjęcia walki z  o wiele spokojniejszym już oceanem. Płynąłem tak przez wiele godzin, w końcu opadłem z sił i straciłem całkowicie świadomość. Obudził mnie dźwięk bębnów, miły, erotyczny, zdecydowany a zarazem uzdrawiający. Nie wiem jak długo spałem i gdzie byłem przez ten czas , jedno było pewne - żyłem.

Jak się okazało miejsce na które trafiłem nazywano Tamboria, zielona wyspa na której stał klasztor Zakonu Rytmu Przetrwania.

Budynek klasztorny wyglądał jak monumentalny instrument perkusyjny, coś jak  kongo.
Zakonnicy prowadzili tu swoje ustabilizowane i podporządkowany muzyce istnienie, jedno co było dla nich najważniejsze to utrzymywanie w klasztorze rytmu przetrwania, który odganiał złe moce. W Świątyni Darbuki grano nieprzerwanie już od dziesiątek lat, przypominało to nieustający ogień lub nieprzerwanie płynącą, rwącą rzekę.

GongW centrum Świątyni ustawiono rzędy instrumentów perkusyjnych w 7 kręgach,
każdy z nich miał swoje zadanie rytmiczne do spełnienia i składał się z innego rodzaju instrumentów, tak więc były tam wielkie bębny dun-dun, bębny ramowe, djemby, indyjskie table, kołatki, dzwonki i gongi. Na środku wszystkich kręgów stał piękny afrykański instrument perkusyjny przypominający wyglądem mały garnek na kasze. Może to w ogóle nie był instrument, na pewno był dla zakonu bardzo ważny. Nie widziałem żeby ktokolwiek na nim grał, ale jak się później dowiedziałem bracia nazywali go “tchnienie bitu”. Jak głosiły przekazy, tylko mistrz DUM najstarszy i najbardziej doświadczony bębniarz w klasztorze potrafił wydobyć brzmienie z tego instrumentu, podobno też znał tajemnicze uderzenie, które zatrzymywało bicie serca.

Ja niestety nie miałem możliwości usłyszenia jak gra mistrz. Ekspedycja ratunkowa dotarła po mnie dwa dni później, do tej pory żałuję że tak wcześnie się pojawili.

Popularity: 51% [?]